Facet po czterdziestce wolnym krokiem kierował się w stronę sal treningowych. Jego niebieskie oczy były zmęczone, a brązowe włosy w nieładzie. Był mocno przemęczony, jednak nic z tym nie robił.
Wszedł do jednej z sal. Śmierdziało w niej potem, a po kątach był porozwalany cały sprzęt treningowy. Wzrokiem odnalazł dziewiętnastolatka ze złotymi włosami.
Chłopak walił w worek treningowy, na nic nie zwracając uwagi. Wzrok czekoladowych oczu był skupiony wyłącznie na worku, a po skroniach kropelkami spływał pot. Dopiero gdy mężczyzna krzyknął jego imię i podszedł do niego, zaprzestał uderzania i odwrócił się w stronę bruneta.
- Szefowa cię wzywa do siebie - oznajmił oschle brunet. Zmierzył go pogardliwym wzrokiem, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
Nienawidził tego chłopaka z całego serca. Uważał, że nie nadaje się do roboty, którą wykonuje. Był młody, więc głupi i myślał tylko o jednym. Ale mylił się i to bardzo. Justin, bo tak miał na imię ów chłopak, był bardzo zdolny; szybki, sprytny, silny, inteligentny. Zasze ptrafił znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Dlatego doskonale tam pasował.
***
Justin zdjął czerwone rękawice bokserskie i rzucił je na podłogę. Wziął biały ręcznik ze stołka, który stał obok i wytarł nim pot z twarzy. Z przewieszonym na szyi ręcznikiem ruszył do windy. Wszedł do środka i nacisnął przycisk z narysowaną trzydziestką.
Zastanawiał się o co może chodzić. Miał swoje podejrzenia, ale z szefową A.R.M.Y. nic nie wiadomo. Mogło chodzić o nowe zadanie, lub problem, który niedawno się pojawił. W każdym bądź razie, za chwilę miał się dowiedzieć.
Jego rozmyślenia przerwało dotarcie na odpowiednie piętro. Wyszedł z windy i szedł oszklonym korytarzem, omijając grupkę dziewczyn, które bez zawstydzenia, ani zażenowania się po prostu na niego gapiły. Justin je jednak zignorował. Był przyzwyczajony do tego, że płeć przeciwna nie przechodziła obok niego obojętnie. Trudno się dziwić. Był wysoki i umięśniony. Ręce, klatę piersiową i plecy pokrywały tatuaże. Każda dziewczyna marzyła, aby dotknąć umięśnionego brzucha, zmierzwić złote włosy czy zatracić się w piwnych oczach.
Z małym uśmieszkiem satysfakcji, dotarł do dębowych drzwi gabinetu szefowej. Zapukał, a po cichym pozwoleniu wszedł do środka.
Pomieszczenie było duże i jasne. Wzrok przyciągała szklana ściana, przez którą było idealnie widać panoramę Nowego Jorku; mnóstwo wieżowców i piękne błękitne niebo. Po lewej stał duży regał z książkami i kolorowymi segregatorami, a po prawej brązowa kanapa, z dwoma fotelami i stolikiem do kawy, która pasowała do beżowego koloru ścian. Na samym środku stało wielkie dębowe biurko, a na nim stosy papierów, teczek i segregatorów.
Za nim siedziała kobieta o blond lokach i niebieskich oczach, która na oko wyglądała na czterdzieści lat. Zauważając wchodzącego Justina, podniosła głowę znad kartek, które czytała i lekko się do niego uśmiechnęła.
- Usiądź - nakazała, wskazując na dwa fotele przed biurkiem. Chłopak, spełniając polecenie, zajął jedno z nich.
- O co chodzi, Alyson?
Kobieta milczała. Z jej wyrazu twarzy można było wyczytać, że nad czymś się porządnie zastanawiała. Po chwili wzięła cztery kartki z biurka i wręczyła je nastolatkowi.
- Pamiętasz Hemmingsa i jego przyjaciół?
Justin spojrzał na dokumenty. Były na nich informacje o wcześniej wymienionych osobach.
- Tak, byli najlepszymi agentami w oddziale w Australii - powiedział, zmieszany.
W jego głowie kłębiły się różne pytania. O co jej chodzi? Do czego zmierza? Nie wypowiedział ich jednak na głos. Wiedział tylko tyle, że dopóki Alyson niczego nie wyjaśni - nic nie będzie wiedział.
- Oni muszą wrócić - mruknęła cicho kobieta. - Bez nich sobie nie poradzimy.
- Hemmings się nie zgodzi - odparł, przekonany o swojej racji. A Alyson wiedziała, że miał rację. Hemmings był uparty i to go najbardziej cechowało.
- Może jeśli z nimi porozmawiasz...
- Nie!
Nagle usłyszeli głośny huk. Poderwali się ze swoich miejsc i podbiegli do okna. Z oddali można było dostrzec wielką, szarą smugę dymu.
- Musisz spróbować ich ściągnąć.
Wszedł do jednej z sal. Śmierdziało w niej potem, a po kątach był porozwalany cały sprzęt treningowy. Wzrokiem odnalazł dziewiętnastolatka ze złotymi włosami.
Chłopak walił w worek treningowy, na nic nie zwracając uwagi. Wzrok czekoladowych oczu był skupiony wyłącznie na worku, a po skroniach kropelkami spływał pot. Dopiero gdy mężczyzna krzyknął jego imię i podszedł do niego, zaprzestał uderzania i odwrócił się w stronę bruneta.
- Szefowa cię wzywa do siebie - oznajmił oschle brunet. Zmierzył go pogardliwym wzrokiem, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
Nienawidził tego chłopaka z całego serca. Uważał, że nie nadaje się do roboty, którą wykonuje. Był młody, więc głupi i myślał tylko o jednym. Ale mylił się i to bardzo. Justin, bo tak miał na imię ów chłopak, był bardzo zdolny; szybki, sprytny, silny, inteligentny. Zasze ptrafił znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Dlatego doskonale tam pasował.
***
Justin zdjął czerwone rękawice bokserskie i rzucił je na podłogę. Wziął biały ręcznik ze stołka, który stał obok i wytarł nim pot z twarzy. Z przewieszonym na szyi ręcznikiem ruszył do windy. Wszedł do środka i nacisnął przycisk z narysowaną trzydziestką.
Zastanawiał się o co może chodzić. Miał swoje podejrzenia, ale z szefową A.R.M.Y. nic nie wiadomo. Mogło chodzić o nowe zadanie, lub problem, który niedawno się pojawił. W każdym bądź razie, za chwilę miał się dowiedzieć.
Jego rozmyślenia przerwało dotarcie na odpowiednie piętro. Wyszedł z windy i szedł oszklonym korytarzem, omijając grupkę dziewczyn, które bez zawstydzenia, ani zażenowania się po prostu na niego gapiły. Justin je jednak zignorował. Był przyzwyczajony do tego, że płeć przeciwna nie przechodziła obok niego obojętnie. Trudno się dziwić. Był wysoki i umięśniony. Ręce, klatę piersiową i plecy pokrywały tatuaże. Każda dziewczyna marzyła, aby dotknąć umięśnionego brzucha, zmierzwić złote włosy czy zatracić się w piwnych oczach.
Z małym uśmieszkiem satysfakcji, dotarł do dębowych drzwi gabinetu szefowej. Zapukał, a po cichym pozwoleniu wszedł do środka.
Pomieszczenie było duże i jasne. Wzrok przyciągała szklana ściana, przez którą było idealnie widać panoramę Nowego Jorku; mnóstwo wieżowców i piękne błękitne niebo. Po lewej stał duży regał z książkami i kolorowymi segregatorami, a po prawej brązowa kanapa, z dwoma fotelami i stolikiem do kawy, która pasowała do beżowego koloru ścian. Na samym środku stało wielkie dębowe biurko, a na nim stosy papierów, teczek i segregatorów.
Za nim siedziała kobieta o blond lokach i niebieskich oczach, która na oko wyglądała na czterdzieści lat. Zauważając wchodzącego Justina, podniosła głowę znad kartek, które czytała i lekko się do niego uśmiechnęła.
- Usiądź - nakazała, wskazując na dwa fotele przed biurkiem. Chłopak, spełniając polecenie, zajął jedno z nich.
- O co chodzi, Alyson?
Kobieta milczała. Z jej wyrazu twarzy można było wyczytać, że nad czymś się porządnie zastanawiała. Po chwili wzięła cztery kartki z biurka i wręczyła je nastolatkowi.
- Pamiętasz Hemmingsa i jego przyjaciół?
Justin spojrzał na dokumenty. Były na nich informacje o wcześniej wymienionych osobach.
- Tak, byli najlepszymi agentami w oddziale w Australii - powiedział, zmieszany.
W jego głowie kłębiły się różne pytania. O co jej chodzi? Do czego zmierza? Nie wypowiedział ich jednak na głos. Wiedział tylko tyle, że dopóki Alyson niczego nie wyjaśni - nic nie będzie wiedział.
- Oni muszą wrócić - mruknęła cicho kobieta. - Bez nich sobie nie poradzimy.
- Hemmings się nie zgodzi - odparł, przekonany o swojej racji. A Alyson wiedziała, że miał rację. Hemmings był uparty i to go najbardziej cechowało.
- Może jeśli z nimi porozmawiasz...
- Nie!
Nagle usłyszeli głośny huk. Poderwali się ze swoich miejsc i podbiegli do okna. Z oddali można było dostrzec wielką, szarą smugę dymu.
- Musisz spróbować ich ściągnąć.
Boskie ;* czekam nn <3 ;*
OdpowiedzUsuń